going to bed wondering if winter come early this year

z okazji powrotu na łono kraju.
Dość łatwo jest wytrzymać w niszczącej duszę pracy. Przynajmniej nie trzeba dokonywać wyboru. Ale jak mogłam dłużej prowadzić takie życie? Łatwość to bagno. Cholera, łatwość to śmierć.
- Julie Powell 'Rok niebezpiecznego gotowania'
Nie zostanę ziemniakiem, nie będę się ograniczać, wezmę udział w czymś, co nie jest łatwe, lecz jest proste. Gdyby nie było, to bym nie zdała tego wstępnego takim lekkim dydem. Meble przestawione, turkusowe ściany te same, ale pokój jak nowy. Wszyscy pomagali. Stare śmieci na makulaturę lecą z hukiem. Licealne dzienniki 2002-2003 zamienią się w ekologiczne bo recyclingowe okładki do nowych dzienników. Oby w tych nowych nikt nie wypisywał takich bzdur jak ja wtedy. Pozbywanie się tego wszystkiego to taki peeling duszy, serca i mózgu. Oczyszczanie wewnętrznych tkanek, przygotowanie na nowe.

Jutro pierwsza lekcja francuskiego. 

but there's no place like London

Jednodniowe pobyty w tym mieście zawsze mnie lekko rozstrajają. Wybijają z rytmu. I choć tym razem wyjazd był zupełnie niezaplanowany, akurat ten weekend był wypełniony fanami Muse (denerwowali nas w tych koszulkach, nie ukrywam), i osobiście rozkład dnia byłby inny gdybym mogła decydować, to i tak... there's no place like London. kocham metro. kocham te rozwalone, straszne korytarze pełne ludzi i wiatru zrywającego się znikąd. pełne przypadkowej jazzowej muzyki. i ta ekscytująca myśl, że w tym tłumie minie znana skądś twarz. i tylko szkoda, że nie udało się zawitać do Kensington Gardens i pójść śladami ostatniej płyty Kuli Shaker. ale udało mi się dorwać nową torbę od bardzo uroczej pani artystki.
                                                                                                        do następnego razu...

pomarańcze w tornistrze

nowy rozdział. nie wiem czy zaczyna się już dziś, bo to ostatni dzień w pracy. czy już się zaczął jakiś czas temu, gdy znaleźliśmy pokój w nowym mieście, czy może jeszcze wcześniej, gdy on dostał ofertę nowej pracy. czy tak naprawdę dopiero się zacznie za tydzień, gdy już będziemy TAM. w każdym bądź razie, mam dziwną mieszankę entuzjastyczno-sentymentalną... bo już przywykłam do naszej małej rutyny tu, a jednocześnie tak bardzo chciałam się z niej wyrwać, wyruszyć na poszukiwanie nowych smaków. i tak, pierwszą nieuniknioną konsekwencją jest konieczność spakowania. a że takowa budzi odruchy wymiotne, to już czasem wolałabym być nomadem, wyzbyć się tej materialistycznej potrzeby gromadzenia wokół siebie i zapełniania przestrzeni klunkrami. w ramach ich redukcji najbliższe dni wypełnione będą po brzegi destrukcją i pozbywaniem się. i tak dochodzę do sedna tej wypowiedzi. opuszczając kraj te długie kilka lat temu na rzecz Wysp Brytyjskich, zabrałam ze sobą wiele dziwnych rzeczy. i tak wczoraj natknęłam się na kilkanaście magazynowych kartek połączonych uroczo zszywką, z okładką Wysokich Obcasów z soboty, 13 kwietnia 2002, na której to koło napisu "Pomarańcze w tornistrze" jest machająca brązowymi dreadami Kasia Nosowska. a te kartki to cała kolekcja jej felietonów publikowanych lata świetlne temu w ....Filipince. I prawda jest jedyna, nie mogę się z nimi rozstać. Nie mam serca ich wyrzucić.

Remember, spring swaps snow for leaves

nadal mnie nie ma. zniknęłam sobie w marcowej norce, bo nic, ale to nic nie było na tyle interesujące, by z niej wyjść. przespałam cały ranek zawinięta w kołdrę jak w naleśnik rozkoszując się prywatną mini strefą ciepła w zimnej sypialni. ale słońce jest wredne. czuję, jak bardzo, bardzo mocno ma dosyć tej niezdecydowanej pogody, i tego szalonego deszczu, i chce dać kopa. takiego prawdziwego mocnego kopa. czuję, że NAGLE wszystko rozkwitnie, wszystko się rozbudzi. już widziałam wychylające ze skostniałych gałęzi listki, widziałam małe robaczki tu i tam, ale to wszystko takie nieśmiałe. mam nadzieję, że to samo słońce będzie towarzyszyć mi w porannym locie w sobotę. tak jak nienawidzę lotnisk, tak uwielbiam już być w górze. szczególnie bardzo rano, bo lądowanie po dwóch godzinach, i zostaje cały długi dzień w nowym-starym miejscu. powietrze pachnie już trochę inaczej. nagle uderza mnie to samo uczucie, co kiedyś. w innym mieszkaniu. musiałam się skupić i zastanowić czy to też było w tym mieście. a jednak tak. w pierwszym, zawsze ciepłym pokoju, który małym oknem wchłaniał całą energię słoneczną. uwielbiałam to okno.

nadal wybucham niekontrolowanym płaczem.
nadzieja, którą pokładam w tej wiośnie, przekracza ludzkie pojęcie. 

[ są zwiastunami tej wiosny. razem z banjo.]